
Wydarzenie, które będziemy pewnie długo pamiętać, to wyjazd do Słowacji. Fantastyczny weekend, aż nie chciało się wracać.
Ale może zacznę od początku.
29 sierpnia 2008 r.
Plac przed budynkiem parafialnym w Hażlachu zapełnił się ludźmi. Dla postronnego obserwatora mogło się to wydawać dziwne. Dlaczego?
Otóż ci wszycy ludzie spotkali się punktualnie (o dziwo
) o 16.30, a próba jest o 19.30 (więc już coś tu nie pasje). Kolejna dziwna sprawa - każdy taszczy z sobą różnych rozmiarów torby (na próbę z torbami? - o nie coś się tu bardzo nie zgadza). Parę minut później podjechał autobus i sprawa się wyjaśniła - chór gdzieś jedzie.
Powiem więcej, nie gdzieś, ale do miejscowości zwanej Liptovsky Trnovec.
Podróż oczywiście nie mogła obyć się bez niespodzianek (mieliśmy małą awarię), jednak mimo to dotarliśmy szczęśliwie na miejsce.
Po rozlokowaniu się w pokojach przyszła pora na kolację, więc przenieśliśmys się do stodoły.. Nie, nie pomyliłam się, kolację jedlśmy w pomieszczeniu, które zostało wydzielone ze stodoły. Kiedy wszyscy już zaspokoili głód p. Jurek Krupa wziął akordeon i zaczeła się część wieczoru pt. "Raz na ludowo". Nasze śpiewy i śmiechy było pewnie słychać dalekoooooo. Ale nie trwało to długo ponieważ już ok. 24 wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić do swoich pokoji.
30 sierpnia 2008 r.
Oj w tym dniu nie było czasu na nudę. Po śniadaniu wyjechaliśmy w teren. Pierwszym przystankiem na naszej drodze była Jaskinia Lodowa. Piękne miejsce, naprawdę warto to zobaczyć. Wejście do tej jaskini znajduje się na wysokości 840 m n.p.m., a 90 m nad dnem Doliny Demianowskiej (troszkę było trzeba wysiłku żeby tam dojść, ale było warto).
Kolejnym punktem programu było zwiedzenie kościoła w Świętym Krzyżu. Ta piękna budowla jest zaliczana do największych świątyń w Europie Środkowej - mieści się w niej ok 3 tyś. wiernych (Chociaż niektóre źródła mówią o 6 tyś). Początkowo kościół ten stał w miejscowości Paludza, która w czasie tworzenie zbiornika Liptovska Mara została całkowicie zalana. Na szczęście kościół przeniesiono - cała "przeprowadzka" trwała 8 lat, czyli prawie 10 razy dłużej niż jego budowa. Jako ciekawostkę można dodać, że przy wznoszeniu tego kościoła nie użyto ani jednego gwoździa.

Po zwiedzeniu kościoła pojechaliśmy do Liptovskiego Mikulasza tam każdy mógł pozwiedzać na własną rękę. Na popołudnie zaplanowany rejs statkiem po Liptovskiej Marze, ale jak się później okazało, w soboty statek nie pływa. Więc mieliśmy wolne
I co tu zrobić z tak piękną końcówką dnia? Chór podzielił się na 2 grupy. Pierwsza została na terenie parafii, a druga wyruszyła na podbój "wichrowego (jak się potem okazało) wzgórza". A śliwki były pyszne tego lata... Wierzcie mi albo nie, ale warto było tam wyjść. Słońce pięknie świeciło, na niebie nie było nawet śladu chmury, a dookoła nas roztaczał się cudowny widok. Z jednej strony góry, z drugiej pastwiska, a pod naszymi stopami Liptovska Mara. Czegóż chcieć więcej? ( Jedynie żeby ktoś wyłączył wiatr
)
I tak powoli zbliżał się wieczór...
Z racji tego, że planowaliśmy zaśpiewać na nabożeństwie musiała odbyć się próba, po której poszliśmy na małą przekąskę /patrz zdjęcie poniżej/

Najbardziej zaskakujące było to, że już ok godziny 22 niektórzy spali. (Po takim dniu i tylu atrakcjach to nie ma się co dziwić).
31 sierpnia 2008 r.
O godzinie 8 rano wszyscy stawili się na śniadanie. Tak przy okazji to dziękuję wszystkim za gromkie STO LAT - dokładnie tego dnia obchodziłam 21 urodziny, ale do rzeczy.
Po śniadaniu było nabożeństwo, w którym wzięliśmy czynny udział. A potem jeszcze pamiątkowa fotografia i w drogę.

Opuściliśmy parafię, ale przed nami było jeszcze parę atrakcji. W końcu udało nam się załapać na rejs statkiem po Liptovskiej Marze. Góry z tej perspektywy wyglądały fantastycznie.
Ostatnim punktem pobytu w Słowacji była wizyta w skansenie w Vilkolincu. Droga do niego była stroma i nierówna, ale daliśmy radę i wszystkim udało się tam dotrzeć. Ten skansen różni się od innych miejsc tego typu. Dlaczego? Ponieważ jest zamieszkany i to nie przez eksponaty, a przez prawdziwych ludzi. Tam czas się chyba zatrzymał - to wrażenie burzą jedynie samochody mieszkańców.
Jak to mówią "Miło było, ale się skończyło", a szkoda, bo ten wyjazd można zaliczyć do tych bardzo udanych... Tylko "Tatralandii" żal. 
W drodze powrotnej już planowaliśmy kolejne wojaże, ale to dopiero w przyszłe wakacje...
/dz/